– SM kradnie mi słowa, ale w miejsce tych słów, które zapominam nauczyłam się wpuszczać inne – tłumaczy pani Anna. Co zrobić, gdy słowo które mamy na końcu języka nie chce przyjść? Jak się komunikować, by ten objaw stwardnienia rozsianego nie był frustrujący czy krępujący?

Stwardnienie rozsiane dotyka wielu obszarów funkcjonowania człowieka. Nie tylko tych dostrzegalnych gołym okiem, jak dysfunkcje lub osłabienie funkcji motorycznych, utrudniające lub uniemożliwiające chodzenie czy władanie rękoma. Chorzy na co dzień mierzą się również z objawami, które dla otoczenia są niewidoczne, niedostrzegane i nierozumiane. Jak choćby problemy poznawcze dotykające umysłu.

W przebiegu stwardnienia rozsianego może dojść do upośledzenia funkcji poznawczych mózgu, takich jak: wyobraźnia przestrzenna, zdolności analityczne, obserwacyjne. Część chorych skarży się na przykład na zapominanie słów. Chodzi o sytuację, gdy chory wie co chce powiedzieć, odpowiednie słowo lub zdanie ma na końcu języka, ale nie potrafi go sobie przypomnieć. Objaw – na tle innych – wydaje się mało dojmujący, ale dla chorych bywa bardzo frustrujący.

– Zauważyłam, choć może to tylko moje subiektywne odczucie, że im bardziej chcę być precyzyjna, tym jak na złość słowa bardziej mi uciekają. Pewnie nie byłabym na tym tak bardzo skupiona, gdyby nie fakt, że z wykształcenia jestem polonistką i te ulatujące słowa mnie smucą – mówi pani Anna. Z czasem jednak zaczęłam sobie jakoś z tym radzić, że tak powiem systemowo. Choć nie zawsze na szybko udaje się znaleźć tak eleganckie rozwiązania, jakie bym chciała. Zaczęłam od zdefiniowania swoich problemów, a potem wymyślenia środków zaradczych.

Wolniej, staranniej, inaczej, krócej

– Z zawodu jestem nauczycielką. Mówienie było więc dla mnie dość automatycznym procesem. Nie musiałam się zastanawiać z wyprzedzeniem jak sformułować zdania. Działo się to niejako podświadomie. Gdy zaczęłam chorować, sytuacja się zmieniła. Zdarzało się, że utykałam w połowie zdania. I robiło się niezręcznie, bo nie potrafiłam wybrnąć. Zdenerwowanie, które mnie wówczas ogarniało powodowało że słowo, które miałam na końcu języka jeszcze bardziej nie przychodziło. To było frustrujące – opowiada pani Anna.

Planuję co powiedzieć

By zniwelować problem uciekających słów, zaczęła do mowy przykładać nieco większą wagę. Starała się najpierw w głowie ułożyć, co chce powiedzieć (w końcu myślimy słowami) a potem dopiero wypowiadała komunikat. – Wśród uczniów słynęłam z tego, ze mówiłam głośno i szybko. Choroba to zweryfikowała – tłumaczy pani Anna. Ale to nie jedyna zmiana, którą wprowadziła. – Długie, zawiłe zdania staram się upraszczać albo dzielić. To też mi pomaga – dodała.

Zamiast zaginionego słowa – synonim

Język jest tak bogatym i złożonym narzędziem, że na jedno pojęcie zawsze można znaleźć więcej niż jedno określenie. Sztuką jest znać ich jak najwięcej i potrafić się nimi jak najbardziej swobodnie posługiwać.

– Tu miałam o tyle łatwiej, że jestem polonistką, więc zasób słownictwa z racji ilości przeczytanych książek mam dość bogaty. Trzeba tylko o niego dbać. Wymyśliłam na swój użytek taką zabawę, że na ludzi, obiekty, czynności staram się w myślach znaleźć jak najwięcej wyrazów bliskoznacznych. Polecam. To fajna zabawa. I pozwala ćwiczyć umysł.

A jeśli w odpowiednim czasie nie przyjdzie ani słowo, którego się szuka, ani jego synonim – pozostaje parafrazowanie. Czyli opisanie obiektu albo czynności, o które nam chodzi.

– I to jest właśnie to mniej eleganckie rozwiązanie. Ale w komunikacji z drugim człowiekiem chodzi o to, żeby zostać zrozumianym, a nie żeby być podziwianym za kunszt. Więc jeśli z “uchwytu do telefonu” zrobicie “to plastikowe, co trzyma telefon”, a z “noża” – “ro do krojenia chleba” nie stanie się nic złego. Komunikacyjny cel bycia zrozumianym osiągniecie. – podsumowuje pani Anna.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Cię zainteresował, to bądź na bieżąco i dołącz do grona obserwujących nasze profile społecznościowe. Obserwuj Facebook, Obserwuj Instagram.