Poprzedzona długimi przygotowaniami wyprawa Macieja Kamińskiego i Michała Worocha,  dwóch przyjaciół poruszających się na wózkach inwalidzkich, którzy postanowili przemierzyć Amerykę Północną i Południową od Buenos Aires po Alaskę rozpoczęła się w listopadzie 2016 roku. W osiągnięciu celu Michała Worocha nie powstrzymał nawet rdzeniowy zanik mięśni, z którym boryka się na codzień. 

I – jak to zwykle w życiu bywa – ich determinacja została poddana pierwszej próbie już na samym początku wyprawy. W Buenos Aires – 21-letni wówczas Land Rover Defender, który miał być dla nich nie tylko środkiem transportu, ale również domem na czas podróży – został na kilka dni “zaaresztowany” przez urząd celny portu. By odzyskać auto, konieczna była interwencja polskiej ambasady w Argentynie. Po 4 dniach auto wróciło do właścicieli i podróżnicy wyruszyli w stronę Ziemi Ognistej. Potem  jechali wzdłuż wybrzeża Pacyfiku w kierunku pustyni Atacama oraz andyjskiego płaskowyżu Altiplano. 

Pytani o cel podróży, otrzymują słowa podziwu, otuchy i wiary w powodzenie planu. A jeśli ktoś nie przekonał się do nich od razu,  z pewnością uczynił to, otrzymawszy od Polaków obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II – relacjonował w styczniu 2017 roku na łamach National Geographic Piotr Chmieliński. 

W końcu Maciej i Michał dotarli do chyba najsuchszego miejsca na Ziemi – pustyni Atacama o iście marsjańskim krajobrazie. Pokonanie wiodącego nią około 200-kilometrowego odcinka drogi okazało się nie lada wyzwaniem dla Defendera.

Albo tarka, pofalowane warstwy piachu z wyżłobieniami zrobionymi przez inne pojazdy, pomiędzy którymi trzeba było manewrować tak, by nie rozwalić auta, albo kamienie, które odbijały się od drogi, uderzając w podwozie. W tych warunkach nietrudno było uszkodzić samochód – relacjonował Maciej Kamiński. 

“Nie będziemy płakać, bo nie zobaczyliśmy flamingów”

Odwiedzane miejsca podróżnicy starali się oglądać nie tylko przez przysłowiową szybkę samochodu. Musieli się jednak liczyć z pewnymi ograniczeniami – nie wszędzie udawało się dotrzeć wózkami. Tak było na przykład z rezerwatem flamingów. Na miejscu okazało się, że dojechanie do niego na wózkach kamienistą drogą kosztowałoby ich nazbyt wiele energii i czasu.

Często tak jest w naszej podróży, że widzimy kogoś spacerującego po jakimś terenie, podczas gdy dla nas poruszanie się po nim byłoby męczarnią. (…) Z reguły kwitujemy takie sytuacje śmiechem. Jak się czegoś nie da zrobić, albo jest trudne do wykonania, to się śmiejemy. Przecież nie będziemy płakać, bo nie zobaczyliśmy flamingów – komentował dla National Geographic Maciej. 

Z La Paz w stronę Peru 

Po drodze przyszło im się mierzyć również z dużo trudniejszymi sytuacjami. Na przykład trudnościami z oddychaniem, które dopadły ich na wysokości około 5 tys. m n.p.m.

Myślę, że daliśmy sobie za mało czasu na aklimatyzację. Przyznaję, że się wystraszyłem, gdy zaczęły mi drętwieć palce w rękach – wspominał swoje doświadczenia Maciej. Dzięki pomocy dziennikarza National Geographic, relacjonującego ich wyprawę, globtroterów udało się wyposażyć w butle tlenowe. Okazały się one nieocenione na dużych wysokościach. 

Mimo nie najlepszego samopoczucia spowodowanego wysokością, Michał nie zrezygnował z poznawania zakamarków La Paz z pomocą “rowerka”, jak nazywał  urządzenie własnej konstrukcji, które podpięte pod wózek pozwalało mu rozwinąć prędkość do 40 km/h. – Uwielbiam podróże i choćbym nie wiem, jak źle się czuł, nie zrezygnuję z nich, dopóki wystarczy mi sił   podkreślał.

Z La Paz Michał Woroch  i Maciej Kamiński wyjechali w stronę Peru. Z jakimi wyzwaniami przyszło im się jeszcze zmierzyć?