Copywriter, grafik, szkoleniowiec – Artur Szaflik z Katowic opowiada o przedsiębiorczości społecznej, aktywizacji zawodowej, łamaniu barier i stereotypów. Pewnie słyszeliście już o agencji marketingowej i fundacji Leżę i Pracuję – Artur Szaflik jest ich współtwórcą.

Artur Szaflik mawia, że przez ponad 20 lat był na urlopie. Wylądował na nim po nieudanym skoku do basenu. Wszystko zmieniło się, gdy jego życiowa droga zupełnym przypadkiem skrzyżowała się z drogą Majki Lipiak. Urlop się skończył. I dziś – dla odmiany –  Artur zasypia i budzi się w biurze. Dodajmy, biurze dynamicznie rozwijającej się firmy.

Artur jest członkiem zarządu Fundacji Leżę i Pracuję. A także ojcem pomysłu i jednym z kół napędowych agencji marketingowej o tej samej nazwie. Zajmuje się copywritingiem i grafiką komputerową. A podczas warsztatów opowiada dorosłym i dzieciom o niepełnosprawności, stereotypach, właściwym zachowaniu wobec osób z niepełnosprawnością. Jego warsztaty cieszą się powodzeniem, bo opierają się na jego własnych doświadczeniach i obserwacjach.

Jest też fanem podróży. Aktualnie z Polski wspiera rowerzystów Big Heart Bike, którzy zdobywali Pamir. Ponadto zajmuje go koordynowanie przygotowań pionierskiej wyprawy do Indii dla dziesięciorga osób z niepełnosprawnościami zaplanowanej na przełom września i października 2020 roku.

Spotkanie, które zmieniło życie wielu osób

Ekipa Leżę i Pracuję rozrosła się do kilkunastu osób/ fot. Leżę i Pracuję

Monika Rydlewska: Fundacja Leżę i Pracuję wkrótce będzie świętowała drugą rocznicę rejestracji w KRS-ie. Zaczynaliście skromnie – we trójkę. Tzn. Ty, Majka Lipiak i Sylwester Smigielski. Teraz pracę u Was znalazło już kilkanaście osób. Śmiało można powiedzieć, że jesteś ojcem tego przedsięwzięcia. Jak się z tym czujesz – napawa Cię dumą to, co udało się przez ten czas osiągnąć?

Artur Szaflik: Na tę chwilę w Leżę i Pracuję pracuje 14 osób. Jestem dumny. W zasadzie pomysł wyszedł z niczego. Historia powstania Leżę i Pracuję jest bardzo fajna. I o tyle zaskakująca, że spotkaliśmy się z Majką przez przypadek. W ogóle się wcześniej nie znaliśmy. Majka zgłosiła się na ochotnika do pomocy w wyremontowaniu pokoju mojej mamie. I od tego się wszystko zaczęło.

Gdy kogoś poznajesz, to spotykacie się, zaczynacie ze sobą rozmawiać. W tych rozmowach przewijają się standardowe tematy: czym się zajmujecie, jakie macie hobby. I w naszym przypadku od słowa do słowa powstał pomysł założenia agencji marketingowej. Na rynku nie było wcześniej takiej propozycji.

Komputer wyrównuje wiele szans

Monika Rydlewska: Czy przed powstaniem Leżę i Pracuję szukałeś pracy?

Artur Szaflik: Ja często żartuję, że 20 lat byłem na urlopie. Gdy chciałem gdzieś pracować mówiono, że w porządku, nie ma problemu, ale mam przyjechać do biura. Tego nie mogłem zrobić. Ale tak naprawdę w dobie dzisiejszej technologii jest to kompletnie zbędne, bo można wszystko robić zdalnie, używając do tego komputera.

Monika Rydlewska: Czyli de facto jesteś pierwszą osobą, która została “zaktywizowana” przez Leżę i Pracuję.

Artur Szaflik: Tak. Od początku zakładaliśmy, że jeżeli ktoś jest na wózku, jest sparaliżowany od pasa w dół, ale ma sprawne ręce, skończył studia i radzi sobie w życiu, to taka osoba niekoniecznie dostanie u nas pracę. Ona sobie w życiu poradzi. A nam chodziło bardziej o takie osoby, które są wykluczone z rynku pracy.

Monika Rydlewska: Innymi słowy, posiłkując się cytatem Majki Lipiak z Wysokich Obcasów: “jak masz super CV, pracy u Nas nie dostaniesz”?

Artur Szaflik: Coś w tym stylu. Te osoby, o których wspomniałem powyżej, poradzą sobie na rynku pracy. Ja na przykład 90% czasu spędzam w łóżku w pozycji leżącej, bo mam problemy z siedzeniem. Ale komputer u mnie chodzi przez 16 godzin na dobę i cały czas przed nim siedzę. Dlaczego nie miałbym używać go do pracy? I takich właśnie osób do zespołu szukaliśmy.

“Praca daje ogromne okno na świat”

Monika Rydlewska: Wspomniałeś że przez 20 lat byłeś na urlopie. Jak wyglądał wtedy Twój rozkład dnia? Jak różni się od życia, które wiedziesz teraz?

Artur Szaflik: Zmieniło się to tak, że przychodzi opiekunka, potem – po kawie i śniadaniu włączam komputer. Jak to mówię – budzę się w biurze. Zaczynam się orientować, co mam do zrobienia. Około 9:00 mam odprawę – ustalam priorytety na dany dzień. Gdy wiem, co trzeba zrobić, zaczynam działać. Ja akurat pracuję na pół etatu, więc kończę o 13:30. Czasem potem robię coś przy komputerze, czasami coś obejrzę w telewizji, spotkam się ze znajomymi.

Kiedyś wyglądało to podobnie, ale bez pracy. Wcześniej też odpalałem komputer, grałem w gry, spotykałem się ze znajomymi.

Praca pozwoliła mi się rozwinąć. Ja zawsze byłem osobą, która jest pewna siebie, a praca dała mi jeszcze więcej mocy. Angażuję się w obsługę każdego klienta. Zżywam się z ludźmi. Praca daje mi z nimi kontakt. Szczególnie, że ja nie tylko obsługuję social media, ale również jeżdżę po szkołach, prowadzę warsztaty. Daje mi to ogromne okno na świat.

“Jestem pod telefonem zawsze. Dla każdego”

Monika Rydlewska: Leżę i Pracuję stało się rozpoznawalne. Ty także. Czy ludzie szukają u Ciebie wsparcia?

Artur Szaflik: Tak. To się zdarza. Nawet wczoraj dzwoniła do mnie pani, która pytała, jak załatwić lekarza medycyny pracy dla leżącego syna. Bo żaden nie przyjdzie do domu. A ja bylem w tej samej sytuacji. Zmierzam do tego, że dzwonią do mnie obcy ludzie, prosząc o poradę i to dla mnie jest megafajne.

Gdy zakładaliśmy firmę to ustalaliśmy, że będę się czymś takim zajmował , bo jestem weteranem w tej dziedzinie. Chciałbym, żeby ludzie dzwonili o pomoc, o poradę. Choćby o takie drobne rzeczy, szczegóły.

Ci, którzy się ze mną kontaktują, pytają o pracę, o to gdzie jej szukać, jak załatwić pewne sprawy, np. opiekę z MOPS-u. W zasadzie jak pracuję te 3,5 godziny dziennie, to telefon chodzi non stop. Ale nie narzekam. Ja jestem pod telefonem zawsze. Dla każdego. Nie jestem po prawie, ale mam 20 lat doświadczenia i ze wszystkimi prawnymi kwestiami dotyczącymi niepełnosprawności się już zderzyłem.

Ponad 150 chętnych do pracy w Leżę i Pracuję

Monika Rydlewska: Jakie obawy mogą towarzyszyć osobie z niepełnosprawnością przed podjęciem pracy?

Artur Szaflik: Jeśli chodzi o osoby niepełnosprawne, to panuje taki stereotyp, że osoby niepełnosprawne nie chcą pracować, bo mają rentę itd. Ja się z tym całkowicie nie zgodzę. U nas pracuje 14 osób…

A w bazie danych mamy ponad 150 chętnych osób niepełnosprawnych, które chciałyby u nas pracować i które złożyły CV. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie każdego zatrudnić, bo nie jesteśmy firmą Google. Ale to pokazuje, że ludzie z niepełnosprawnościami chcą pracować.

A z drugiej strony, osoby niepełnosprawne mają obawy z zatrudnianiem się. Wiąże się to z niedoinformowaniem. System jest tak skonstruowany, że trzeba dużo dopytywać. Te osoby się boją, że stracą rentę, gdy zaczną pracę i przekroczą jakiś próg dochodowy. Ale są też inne niuanse. Np. w moim wypadku jest tak, że gdy nie pracowałem, miałem opiekunkę za darmo, gdy zacząłem dostawać wypłatę – muszę za nią płacić.

Takie działania są demotywujące. Dlaczego zamiast mnie wspierać w byciu aktywnym, płaceniu podatków – muszę oddawać znaczną część tej wypłaty za opiekę?

Przedsiębiorczość społeczna w wykonaniu Leżę i Pracuję

Monika Rydlewska: I tu dochodzimy do pojęcia przedsiębiorczości społecznej. Na pierwszy rzut oka przedsiębiorczość i działalność społeczna się wykluczają. Pierwsze służy zarabianiu, drugie zazwyczaj wiąże się z wydawaniem pieniędzy…

Artur Szaflik: To się tak wydaje, że jeśli jestem przedsiębiorcą to skupiam się na biznesie. Wiadomo że – potocznie mówiąc – kasa się musi zgadzać, ale kto powiedział, że nie można zarabiać pieniędzy i w międzyczasie pomagać innym ludziom?

W tym momencie masz taką sytuację, jak u nas w firmie. Zatrudniasz osoby niepełnosprawne, aktywizujesz je. One się uczą, bo nie każdy się przecież rodzi bogiem marketingu. Przechodzą program szkoleniowy.

Jaki jest efekt?

Poprawiamy jakość życia osób niepełnosprawnych choćby przez to, że dostają więcej pieniędzy. Ponadto poszerzają swoje horyzonty, zdobywają wiedzę, spotykają innych ludzi. Biorą udział w wyjazdach integracyjnych, podczas których się spotykamy.

Zatem z jednej strony nasi pracownicy mają okno na świat, a z drugiej zarabiają pieniądze na siebie i na biznes. Bo firmę też trzeba utrzymać.

A mogliśmy to przecież zrobić inaczej. Mogliśmy założyć firmę we trójkę. Zatrudnić paru bogów po studiach marketingowych i trzepać kasę. Ale nie o to nam chodziło. Można zrobić to tak, że pieniądze i tak zarabiamy, nasi pracownicy wykonują tę samą pracę, którą ci specjaliści po studiach, a jednocześnie osiągamy wymierny cel społeczny.

Monika Rydlewska: Pokazujecie też, że warto.

Artur Szaflik: Tak. Że warto. Że można. Osoby, które u nas pracują opowiadają, że gdy ktoś do nich przychodzi i pyta czym się zajmują, gdy odpowiadają, że są specjalistami do spraw marketingu, to każdemu szczęka opada.

Jak to działa?

Monika Rydlewska: Która działka w Leżę i Pracuję jest twoja?

Artur Szaflik: Odszedłem od copywritingu, chociaż obiecałem że napiszę kolejny artykuł o podróżach – to moja działka, moje hobby. Ponadto, zajmuję się marketingiem, PR-em, jestem po kursie trenera szkoleniowca i zajmuję się działką edukacyjną – prowadzę szkolenia dla dzieci, ale również dorosłych.

Monika Rydlewska: Jest was czternaścioro. Jesteście rozsiani po Polsce. Macie różne godziny pracy, co jest związane z rehabilitacją itp. Jak to się udaje wszystko pospinać, żeby zlecenia były wykonane profesjonalnie i na czas? Copywriter i grafik przecież nie usiądą razem, żeby obgadać albo wykonać zlecenie.

Artur Szaflik: Copywriter pisze swoje, daje zlecenie grafikowi. Pośredniczy w tym mentor, który sprawdza tekst i mówi, co jest potrzebne. Do grafika wysyła się wytyczne. Grafik odsyła gotowy projekt. Potem spina się całość. I gotowe. Komunikujemy się przez narzędzia internetowe, np. Slacka.

Mentor dogląda jakości i pomaga zdobywać i szlifować umiejętności

Monika Rydlewska: Opowiedz o systemie mentorskim, który u Was funkcjonuje.

Artur Szaflik: Jesteśmy podzieleni na grupy: mentor-uczeń, są webmasterzy, którzy zajmują się stronami internetowymi, są graficy i są copywriterzy. Ja w zasadzie – oprócz webmasterów – to jestem po trochu wszędzie. Mam rozpisaną listę zadań. Wiem co mam robić. Rola mentora polega na nadzorowaniu, czy praca została wykonana dobrze. Jeśli przychodzi do zespołu ktoś, kto uczy się od podstaw, również trafia pod skrzydła mentora.

Monika Rydlewska: Opisz jak wygląda od A do Z realizacja konkretnego zadania.

Artur Szaflik: Piszę tekst, np. dla biura podróży które obsługuję, potem robię do niego grafikę. Następnie przesyłam to do mojego mentora. On to przyklepuje, a jeśli trzeba nanieść jakieś poprawki – mówi mi co muszę poprawić. Resztą już zajmuję się ja. Ja wrzucam całość na fan page’a, ja się zajmuję obsługą komentarzy, like’ów i udzielaniem odpowiedzi na pytania. Mam też bezpośredni kontakt z klientem i z nim wszystko ustalam.

Wkrótce ruszy oferta szkoleń

Monika Rydlewska: Jesteście najbardziej znani z marketingu w sieci, ale nie tylko tym się zajmujecie.

Artur Szaflik: Od pewnego czasu zajmujemy się też szkoleniami. Do tej pory robiliśmy to na indywidualne prośby. Nie było specjalnej oferty programowej. Ta powstanie w najbliższych dniach. Okazało się, że pomysł chwycił. Chętnych jest bardzo wielu.

Mieliśmy ostatnio okazję prowadzić szkolenie z savoir-vivre’u wobec osób niepełnosprawnych. Robiliśmy to po angielsku. Mój angielski jest raczej kulawy, więc wzięliśmy zaprzyjaźnioną tłumaczkę. Okazało się, że ludzie byli zafascynowani tym, jak to wyszło.

A my opowiadamy historie z życia wzięte. To nie jest nic wymyślonego, wydumanego. Doświadczenie mamy bogate. Spotkało nas wiele sytuacji w życiu. Nawet takich prozaicznych: jak choćby wówczas, gdy ktoś chce pomóc na ulicy albo wtedy, gdy nie wie, jak zapytać dlaczego jeździsz na wózku.

Pierwsi w Polsce, pierwsi w Europie

Monika Rydlewska: Czy na początku przeczuwałeś, że Leżę i Pracuję tak się rozwinie?

Artur Szaflik: Nie było takiej świadomości. Działo się to na zasadzie: jest pomysł, jest euforia i nie wiesz, że to tak załapie. Jakiś czas temu startowaliśmy w konkursie na innowacje społeczne, organizowanym przez Komisję Europejską. Okazało się że z 800 firm z Europy trafiliśmy do 30 finalistów. Zaprosili nas do Brukseli na finał. Ja nie mogłem polecieć, bo bilet kosztowałby około 9 tys. zł (musiałbym zapłacić za 4 miejsca). Poleciała Majka z koleżanką. Okazało się, że jakiś czas później podobna agencja powstała w Grecji. Jesteśmy jednak pierwsi. I w Polsce, i w Europie.

Monika Rydlewska: Dokąd zmierzacie? Płyniecie na fali czy macie jakiś plan rozwoju?

Artur Szaflik: Mamy jakieś strategie. Wiemy, ile musimy przynieść zysku, żeby się utrzymać. Na chwilę obecną nie mamy planu rozwoju zespołu. 14-osobowy skład już dziś jest trudno ogarnąć, więc nie jesteśmy w stanie zatrudnić nowych osób, ale wszystko się – oczywiście – może zmienić. Po prostu idziemy do przodu, pracujemy, rozwijamy się. Naszym celem jest też – poprzez szkolenia i to, co pokazujemy sobą – zmiana myślenia społeczeństwa.

“Jestem Artur, a nie Artur na wózku”

Z Sonią Krystoń i Łukaszem Proksą – przyjaciółmi z Big Heart Bike/ fot. Facebook Artura Szaflika

Monika Rydlewska: No właśnie. Pozwól, że cię zacytuję: “Niepełnosprawność. Ciągle jeszcze temat tabu. Dlaczego? Bo nie do końca wiadomo jak mówić, co mówić, kiedy mówić, jakich słów użyć, żeby było “poprawnie”… Można wymieniać godzinami. A o niepełnosprawności po prostu TRZEBA rozmawiać. I oswajać z tym tematem”. Opowiedz nieco więcej o warsztatach, które prowadzisz? 

Artur Szaflik: Chcemy na przykład zorganizować konferencję, podczas której zmierzymy się z zagadnieniem, czy można zastąpić słowo “niepełnosprawny”. Jeśli rozmawiam z Tobą – mówię o tobie “Monika”. Nie mówię “dziennikarka Monika”. A ja jestem Artur. A nie “Artur na wózku”. Nie jestem “Artur niepełnosprawny”. Czy trzeba używać tego słowa na co dzień? Rozumiem, że to konieczne w dokumentach medycznych, ale czy na co dzień także?

Przymiotnik “niepełnosprawny” od razu stygmatyzuje i wskazuje, że ktoś jest “nie w pełni” . A to, że ja jestem na wózku… cóż. Prawda jest taka, że robię więcej rzeczy niż większość sprawnej części społeczeństwa. Chodzi o zapał. O inspirację.

Druga rzecz: chcę odkłamać stereotyp, że siedzimy w domach, nic nie możemy, nic nie robimy, nic nie potrafimy.

“Chcemy też edukować: jak się odzywać, czy podejść, jak pomagać…”

Wszystkie stereotypy, wszystkie tematy tabu trzeba przełamywać. Żeby ludzie, którzy chcą pomóc komuś np. wsiąść do tramwaju wiedzieli, że pierwsza rzecz, którą powinni zrobić to zapytać, czy ta pomoc jest potrzebna. Albo jak to zrobić. Bez tego może się zdarzyć, że z pomocy będzie więcej szkody niż pożytku. Jeśli zapytasz, powiem ci, jak mi pomóc, gdzie złapać wózek. Wiem, że czasami chce się dobrze, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że może się to skończyć źle.

Monika Rydlewska: Czyli sprowadzając tę część naszej rozmowy do jednego mianownika chodzi o naukę sprawnej komunikacji i walkę z uprzedmiotowieniem?

Artur Szaflik: Tak. Wiesz czego tu jest brak? Wyjaśnię na przykładzie. Osoby niepełnosprawne traktuje się tak, jakby nie potrafiły mówić. Zdarzyły mi się w życiu takie sytuacje, że szedłem do lekarza z opiekunką, a lekarz nie rozmawiał ze mną, tylko z tą opiekunką, Myślałem wtedy “Hello, chłopie, ja tu jestem”. Dla mnie to niepojęte, gdy słyszę jak lekarz mówi “Proszę pamiętać, żeby pacjent przyjmował leki 3 razy dziennie”… A pacjent siedzi obok. To jest chore, nie?

“Nie jestem biedny. Nie jestem superbohaterem. Jestem normalnym facetem, który robi to, co powinien”

Monika Rydlewska: Czyli pole do edukacji jest szerokie. Czy jako społeczeństwo musimy przejść jeszcze daleką drogę? Jak to oceniasz przez pryzmat swoich doświadczeń i warsztatów, które prowadzisz?

Artur Szaflik: Wiem, że jest lepiej niż 20 lat temu, ale ja zawsze mówię, że chciałbym przeżyć taką chwilę, gdy nikt nie widzi różnicy.

Jestem 24 lata na wózku. Irytuje mnie, że te zmiany w społeczeństwie zachodzą w tak powolnym tempie . Ludzie bardzo wolno się uczą. Denerwuje mnie, gdy idę ulicą, podbiega do mnie starsza pani, zaczyna utyskiwać, jaki jestem biedny. Ja nie potrzebuję litości. Ja nie jestem biedny, bo robię mnóstwo fajnych rzeczy: imprezuję, jeżdżę, zwiedzam, zarabiam. W czym jestem biedny?

A druga rzecz – mówię o tym na warsztatach – to gloryfikacja. “Założyłeś agencję marketingową, zrobiłeś coś tam innego to jesteś bogiem, jesteś herosem”. Nie. Jestem normalnym facetem, który robi to, co powinien. Fajnie jest usłyszeć kilka miłych słów, ale nie róbmy ze mnie superbohatera.

Monika Rydlewska: Ale przecież jest coś pośrodku?

Artur Szaflik: Opowiem ci historię. Kiedyś poszedłem na mecz Polska – Węgry na Stadionie Śląskim z grupą osób niepełnosprawnych. Z powodu błędów organizacyjnych, wylądowaliśmy z opiekunami w sektorze Węgrów. Za nami była metrowa barierka niestanowiąca żadnej przeszkody, a za nią 2 tys. Węgrów. W pewnym momencie przeskoczyli barierki, a ochroniarze uciekli… My nie mogliśmy. Przez moment nie wiedzieliśmy co się dzieje, a Węgrzy podeszli, przywitali się i po angielsku powiedzieli “super, że się z nami bawicie”. Nie było w tym ani litości, ani gloryfikacji. I ten moment zapamiętam do końca życia.

W 2020 roku – kierunek Indie

W zebraniu pieniędzy na wyprawę do Indii pomaga inna wyprawa – Pamir 2019, zorganizowana przez ekipę rowerzystów Big Heart Bike/ fot. Facebook Artura Szaflika

Monika Rydlewska: Są jeszcze podróże. To nimi chciałabym zakończyć naszą rozmowę. Szczególnie interesuje mnie ta przyszłoroczna do Indii. Też tam zmierzasz?

Artur Szaflik: Oczywiście. Ja to organizuję. Byłoby słabo, gdybym to organizował, a potem się nie zabrał (śmiech). We wrześniu mamy już pierwsze spotkanie organizacyjne z pilotami z Laurazji i oni nam przedstawią wszystko szczegółowo.

Pieniądze zbierają Big Heart Bike. My prowadzimy rozmowy ze sponsorami. Zgłasza się wiele firm, które chcą w to wejść. Poza tym koordynujemy działania na miejscu. Od września ruszamy z tematem na dobre.

Poza tym każdy z uczestników musi wiedzieć, co go tam może spotkać. Trzeba zrobić szczepienia, muszą być lekarze, muszą być dobrani opiekunowie i oni muszą przejść szkolenie z pierwszej pomocy. I my to wszystko organizujemy.  Każdy ma swoją działkę.

Wyjazd jest zaplanowany na przełom września i października 2020 roku. Wtedy w Indiach jest najlepsza pogoda. Chodzi o to, żeby to były dla nas wakacje, a nie heroiczny wyczyn, gdzie trzeba się będzie zmagać z temperaturą 50 st C.

Monika Rydlewska: Dziękuję za rozmowę. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Cię zainteresował, to bądź na bieżąco i dołącz do grona obserwujących nasze profile społecznościowe. Obserwuj Facebook, Obserwuj Instagram.